Kosowarzy

5 lat temu (04 sierpnia 2014)

Wstęp

Piętnaście lat od zakończenia wojny w Kosowie, 6 lat od ogłoszenia niepodległości przez kosowskich Albańczyków. Jak wygląda dzisiejsze Kosowo? Czy jest to ziemia tylko dla Albańczyków? Czy jest tam miejsce dla żyjących tam od prawie tysiąclecia Serbów? Spędziłem tam z Magdą tydzień. Odbyłem wiele rozmów, spróbuję opowiedzieć czym jest Republika e Kosovës. Jeśli temat jest Ci mniej/więcej znany możesz pominąć i od razu przejść do dalszych części.

Na początek jednak background. Kosowo to kolebka serbskiej narodowści. To tutaj według najbardziej prawdopodobnej hipotezy dotarli słowianie z karpat (lub też dzisiejszej Wielkopolski – do dzisiaj można tam znaleźć wiele nazw miejscowości o nazwach nawiązujących lingwistycznie do Serbii/Serbów). To z Kosowa rozpoczęła się ekspansja południowych Słowian, która utworzyła Królestwo Serbii, a przez krótki okres nawet Carstwo Serbii. Okres potęgi zakończył jedną z największych bitw średniowiecza, porównywalną skalą do Grunwaldu – Bitwy na Kosowym Polu. Samo zderzenie rycerstwa chrześcijańskiego pod wodzą Księcia Lazara (Serbowie „lubią” zapominać, że było to zderzenie nie tylko Serbów ale całego chrześcijaństwa z Islamem) z Imperium Ottomańskim zakończyło się taktycznym remisem. Jednak to Turkowie byli w stanie znacznie szybciej zaleczyć rany i ponownie uderzyć docierając w końcu aż nad rzeki Dunaj, Sawa i Una gdzie na kilka wieków ustanowiona została granica między Chrześcijańską Europą i Islamskim Wschodem.

To w okresie okupacji Serbowie powoli przemieszczali się na północ opuszczając swoje domy w Kosowie i docierając do, wtedy, węgierskiej Wojwodiny. Na miejsce Serbów przychodziło coraz więcej Albańczyków, głównie tych, którzy zostali skuszeni przejściem na Islam (mniejsze obciążenie podatkowe i możliwość uczestniczenia w politcznym życiu imperium). Kolejne, w większości przegrane serbskie powstania, głównie XIX wieczne nasiliły trwałą emigrację. Upadek Turków i porozumienie po wojnach bałkańskich pozwolił uzyskać Serbom kontrolę nad Kosowem i Metohią (Kosowo to wschodnia część republiki, Metohia zachodnia). Wtedy Serbowie stanowili zaledwie jedną czwartą populacji. Po I Wojnie Światowej (jakże ironiczne w kontekście Kosowa) Serbii przypadła także Wojwodina gdzie wtedy Serbowie stanowili proporcjonalną większość w okolicy około 35 procent. Wynikało to z chęci jednoczesnego osłabienia Węgrów i Albańczyków gdzie bardzo żywe byłe idee Wielkich Węgrzech i Wielkiej Albanii (swoją drogą tyczące się prawie każdego narodu Bałkanów).

Było jasne, że tylko silna ręką może utrzymać Kosowo przy Jugosławii, a potem Serbii. Etnicznie absolutną większość (60%+) stanowili Albańczycy, przypominam o dodatkowo jednoczącej wierze mahometańskiej (w Albanii jest duża mniejszość katolików). Rozpad Jugosławii w 1991, wojny w Bośni, Chorwacji i w następstwie nich potężny kryzys ekonomiczny rozsadzały Serbską Republikę nie mniej niż pogrążone w wojnie Bośnię i Chorwacją. To był moment dla albańskiej większości aby uzyskać własne państwo.

Początkowo, naciski występowały wyłącznie w formie politycznych rządań otrzymania statusu republiki federacyjnej (a nie jak do tej pory Autonomicznej Prowincji Kosowa i Metohi) jednak spotkały z odmową. Republika Federacyjna miała konstytucjne prawo do separacji co przy albańskiej większości byłoby to naturalnym skutkiem. Wewnątrz narastały etniczne napięcia – Albańczycy i Serbowie wzajemnie obwiniali się za pogarszającą się sytuację. Nasiliłała się polityczna dyskrimacja Albańczyków i równoległe działania zbrojne albańskiej partyzantki UCK (u-cze-ka, Armia Wyzwolenia Kosowa). Nakręcająca się spirala nienawiści doprowadziła do nieuniknionej wojny. Dla jednych i drugich była to walka o być lub nie być. Antyterrostyczna interwencja Armii Jugosławii i partyzanckie działania UCK miały etniczny podtekst. Historia pokazała, że w Kosowie jest miejsce tylko dla jednego dominującego narodu.

Forma walki UCK przypominała obecne działania Hamasu (ukrywanie w domach i innych obiektach cywilnych, wykorzystywanie ludności jako żywej tarczy). Asymetryczna wojna z niewidzialnym przeciwnikiem posiadającym wsparcie lokalnej ludności sprawiała, że Serbowie posuwali się coraz dalej w celu unicestwienia wroga. W końcu jedyną taktyką stało się wysiedlanie wszystkich Albańczyków bez znaczenia czy mają (i tak bardzo trudne do udowodnienia) czy nie mają powiązań z UCK. Rozpoczął się masowy eksodus Albańczyków do Macedonii i Albanii sięgający ponad 800 tysięcy ludzi. W międzyczasie dochodziło do krwawych zbrodni po obu stronach w tym nasłynniejsza – w Raczaku. To ona stała się pretekstem do rozpoczęcia bombardowań Jugosławii przez NATO, które zakończyły ostatecznie ponad roczną wojnę.

_MG_1864

Jugosławiańska armia i policja opuściły Kosowo, a na jej miejsce przyszły siły NATO – KFOR. Do Kosowa powrócili także albańscy uchodźcy. W tej sytuacji nikt nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa miejscowym Serbom. Albańczycy przystąpili do szerokiej czystki etnicznej. Ci Serbowie, którzy mimo jasnych sygnałów nie decydowali się opuścić swoich domów albo znikali albo ich domy były palone. W najlepszym wypadku ich życie stawało się niekończącą się udręką.

Siły międzynarodowe (EULEX – europejska policja, KFOR) powoli zaczynały się organizować i reagować. Ucieczka Serbów została wstrzymana ale tylko do czasu. W 2004 roku nastąpił zaplanowany pogrom, który zmusił kolejne kilka tysięcy Serbów do opuszczenia Kosowa. W 2008 roku Kosowo ogłosiło niepodległość. Ostatnie niepokoje wydarzyły się w północnej-serbskiej części Kosowa w 2011 roku kiedy Albańczycy próbowali siłą opanować północne (serbsko-serbskie) granice. W 2013 roku zostało podpisane porozumienie między Serbią i Kosowem, które wprowadziło struktury kosowskie do północnych regionów. W tym także policji, administracji i służby celnej (co oznacza odprowadzanie cła do rządu w Prisztinie).

Jest to defacto uznanie niepodległości Kosowa przez Serbię.

Mam nadzieję, że poniższy zbiór niepowiązanych ze sobą opowieści nabierze teraz większego sensu. Bez głębszego kontekstu nie miałby takiej wartości. Nie nagrywałem rozmów, dialogi nie są dosłowne.

Most, który dzieli zamiast łączyć

Dojeżdżamy do Kosowa od jego północno-zachodniej części, serbskiej opsztiny (odpowiednik gminy-powiatu) Zubin Potok. Boszniak przejeżdża na moment przez nowy most i lądujemy niespodziewanie w Kosowie. Tutaj nie ma żadnej kontroli. Tam tankuje, a cena za litr jasno wskazuje, że nie dociera tam podatkowa jurysdykcja ani Prisztiny ani Belgradu. Zazwyczaj jeździ dalej do Kosowa kupować papierosy, skupia się na interesach. Jeśli on może bez problemu kupić i przewieźć to znaczy, że wszystko jest super i wszyscy ze wszystkimi się dogadują. Auto ma dobre, czułem się trochę jak w Uzbekistanie gdy lokalny „bogacz” opowiadał jak to w Uzbekistanie jest cudownie. Przepięknie zakrzywiona rzeczywistość. W Kosowie nie ma problemów, w ogóle, a no i benzyna tutaj taka tania.

Kilka kilometrów dalej wzdłóż Ibaru. Granica. Nietypowa. Serbowie spoglądają, notują i mówią „Ok, tu macie kosowką część.” Myślę, gdzie, przecież jestem w jednej integralnej części… „Ale gdzie?”, „No tutaj, 5 metrów dalej.”. Zgadza się, dokładnie 5 metrów dalej służą kosowscy policjanci i międzynarodowe pokojowe siły (na granicy EULEX i KFOR). Okazuje się, że jedną z pracownic jest Polska z polskiej służby granicznej. Rozmowa ewidentnie przestaje się kleić gdy schodzę z pierdu-pierdu na poważne tematy. A co my jesteśmy dziennikarze, w internecie znajdziesz. Żadnej wrogości ale dało się odczuć niechęć do odpowiedzi. Widać też było, że niedługo tu służy. Nie wszystko rozumie. Odniosłem wrażenie, że brak wiedzy praktycznej próbowała przykryć suchymi i cierpkimi opowieściami o formalnościach i biurokracji. Szczerze? Interesuje mnie czy zwykły Serb jak ją widzi to pluje na ziemię czy podaje jej z uśmiechem rękę. Nic ciekawego się nie dowiaduje. A już na pewno nic o spaleniu północnych granic przez Serbów w 2011. Dowiem się o wiele więcej od słoweńskich KFOR-owców tydzień później. To oni opowiedzą mi najwięcej o pracy tutaj.

Mitrovica. Miasto podzielone. Na północy żyją Serbowie, na południu Albańczycy. Dzieli ich rzeka Ibar. Kierujemy się z części albańskiej. Na środku mostu dwa krzesełka, a za nimi Park „Pokoju”. Kosowarski policjant już nastał się, siada, zagaduję. Na początku trochę ciągnę za język, pytania retoryczne.

  • Pan jest Serbem, tak?
  • Tak, tak.
  • Po tej stronie rzeki służą sami Serbowie?
  • Nie, znajdzie się kilku Albańczyków?
  • I nie ma problemu?
  • Nie ma.

Spoglądam na betonowe doniczki, które zastąpiły wcześniejsze barykady.

  • To kiedy powstał ten park, jakoś z dwa miesiące temu?
  • Tak, tak, 2-3 miesiące temu.
  • Ogółem teraz spokojnie? Nikt do nikogo nie strzela?
  • Tak. Spokojnie…

Nie lubię takich znudzonych odpowiedzi ale próbuję się czegoś więcej dowiedzieć.

  • Ale jakoś niedawno były tutaj albańskie protesty, tak?
  • Tak, z dwa miesiące temu, tuż po zbudowaniu parku.
  • Niebezpiecznie?
  • No Albańczycy wyszli ale my nic nie robimy w takich sytuacjach. Za to odpowiadają tamci Carabinierzy.

Pieniądze to nieprzyjemny temat ale czasami trzeba zapytać. Łatwo można wpaść w złudzenie dobrobytu.

  • Można zapytać ile zarabiasz?
  • Tak, 300-350 euro. Ale można więcej, z nockami można wyciągnąć nawet 500 euro.
  • Tyle samo co Albańczycy?
  • Dokładnie.
  • To jak na Kosowo chyba nie jest źle?
  • Nie, nie ale nocą jest niebezpiecznie.
  • Dlaczego?
  • Młodzi za dużo wypiją i od razu problemy…
  • Między Serbami i Albańczykami?
  • Rzadko, raczej już wewnątrz siebie.

Życzę spokojnej pracy, czas iść dalej. Czasami nawet ktoś oprócz nas przekracza most.

Zostawiamy plecaki w małej knajpce, tuż przy wyjściu spotykamy lokalnego sprzedawcę, reprezentanta neutralnego w konflikcie narodu – boszniaka. Rozgaduje się, nie może zabraknąć typowego dla mieszkańców Jugosławii epizodu z odwiedzinami PRL-u za czasów Jaruzelskiego. Mówi, że obecnie nie ma problemu, może pójść swobodnie na drugą stronę rzeki. Jak większość tęskni za zjednoczoną Jugosławią… wtedy było lepiej, wtedy to oni jeździli wydawać marki i dolary w biednej Polsce, wtedy to Jugosławia była dla wielu w Polsce marzeniem.

Handluje ciuchami, nie ma z tego wielkich pieniędzy, raz 200, raz 300, czasami nawet 500 euro „Kilka lat temu było lepiej ale teraz obok pojawiła się konkurencja, o tam za barykadą”. Dopiero teraz zorientowałem się, że ten tuż obok nas metrowy kopiec z gruzu i gałęzi to barykada. Ale jak? Przecież znajdujemy się co najmniej 100, pewnie z dwieście metrów od granicznego Ibaru…

Przechodzimy, okej, pojawiły się auta bez tablic rejestracyjnych i także te z kosowskimi. Ale nad głowami powiewają nam serbskie flagi. To nadal Serbia czy już Kosowo? Trzydzieści metrów dalej już albańskie flagi i nadal jesteśmy po serbskiej stronie rzeki… zmieszanie osiąga apogeum, dopytuję ludzi. Mówią, że w tej („mikro”) dzielnicy mieszka koło 10 rodzin albańskich. Ale nikomu to mocno nie przeszkadza, odrobinę dalej jest most już bez barykady. Swobodnie można po nim jeździć. Co ciekawsze barykady nie powodują odizolowania tranzytowego obu części miasta, teoretycznie można przejechać przez wspomniany most i pojechać gdziekolwiek dalej do serbskiej części miasta.

Co bardzo wymowne na północy obok 17 tysięcy Serbów mieszka po ponad półtora tysiąca Boszniaków i co najważniejsze Albańczyków. Po południowej stronie żyje kilkunastu Serbów… wszyscy inni zostali zmuszeni do ucieczki.

Swoją drogą z tablicami rejestracyjnymi wcale nie jest taka prosta sprawa. Po pierwsze na kosowskiej rejestracji poza tirami nie wjedzie się do Serbii więc Serbowie na północy często jeżdżący do Novego Pazaru czy dalej posługują się serbskimi. Ale za to na tych tablicach (serbskich dla opsztin w Kosowie) jakby chcieli (kto by z nich chciał?) nie wjadą nigdzie dalej do albańskiej części Kosowa. Mówiąc inaczej na serbskiej tablicy dla opsztiny poza Kosowem można swobodnie wjechać do Kosowa.

Po obu stronach Ibaru

Spokojnie włóczymy się po albańskiej części Mitrovicy. Tu sklep, tam sklep, tu zmienią opony, tu zjesz, tam kupisz mieszkanie, a tutaj się pomodlisz, w największym, nowo wybudowanym meczecie w Kosowie. Świat niekończących się usług. Istna pralnia pieniędzy dla kosowskich emigrantów. Nie mówię, że od razu pieniędzy z nielegalnych źródeł albo chociaż szarej strefy choć dla tych też na pewno znajdzie się tam miejsce. Wyszukuje jakiś zakładów, geszefcików, manufakturek… nie ma i nie będzie. W Kosowie przemysł lekki, ciężki, owaki praktycznie nie istnieje. Dobrze, widziałem może jedną, może dwie fabryki, troszkę kameniołomów. „Made in Kosovo”? Ajran (coś ala kefir, popularne głównie w Turcji)… ale to już bardziej rolnictwo, które akurat w Kosowie ma się całkiem dobrze. Kultura ziemi w Jugosławii nie została zniszczona tak jak w Związku Radzieckim kolektywizacją. Defacto właśnie to uratowało ją przed „śmiercią głodową” – Wojwodina po dziś dzień pozostaje spichlerzem Serbii. Po drugiej stronie Dunaju Chorwację żywi Slawonia i Barania.

Ktoś powie, że rozwinięta gospodarka opiera się na usługach. Tak ale nie tylko. Bez produkcji czegokolwiek (bezpośrednio u siebie czy pośrednio gdzie jest taniej) kraj może się rozwijać tylko do chwili kiedy następuje stały napływ gotówki lub określiłbym precyzyjniej – dotacji. Taki mechanizm miał szansę przetrwania gdy albańskie rodziny posiadały po 6-7 dzieci. Teraz to one utrzymują kraj pracując za granicą i transferując środki do tej malutkiej krainy wielkości Świętokrzyskiego otoczonej z każdej strony górami. Problem polega na tym, że, co nawet sami Albańczycy przyznawali, obecny model rodziny przypomina znacznie bardziej europejski. Jedno dziecko, dwoje dzieci, jak trójka to już łomatko. Odwieczny zarzut Serbów, że Albańczycy przejęli Kosowo między innymi właśnie przez wysoką dzietność będzie powoli zamierał.

Okej, wróćmy do przechadzki. Naszym oczom wśród tętniącej życiem dzielnicy wpadło w oko ogrodzenie z drutem kolczastym. Wojsko? Nie. Policja? Też nie. Patrzymy głębiej… echo dawnych czasów, gdy tutaj żyli jeszcze Serbowie, za drutem znajduje się zarośnięta i zaniedbana cerkiew. Wchodzimy, od razu podchodzi do nas kosowarski policjant, Albańczyk. Na początku informuje, że nie możemy robić zdjęć, także od zewnątrz, wewnątrz w ogóle nie możemy wejść. Czyżby oznaka wstydu za zniszczenie XIX wiecznej cerkwi podczas pogromów w 2004 roku? Opowiada za to o tym, że Serbowie zniszczyli po swojej stronie meczet podczas wojny. Ale czy to cokolwiek zmienia? Czy to usprawiedliwia bezczeszczenie cudzej wiary kilka lat później, tym bardziej po wygranej wojnie?

Dziękujemy za oprowadzenie wokół. Policjant spokojnie siada na swoim specjalnym fotelu wyjętym z auta. Praca do ciężkich nie należy. Po drugie nawet gdyby Albańczycy zdecydowali się zburzyć do końca cerkiew to stanąłby w jej obronie? No właśnie…

Udajemy się na północ, wgłąb serbskiego Kosowa.

Spod Zvećanu złapaliśmy stopa do Leposavić. W oddali na szczycie góry, na twierdzy powiewa wielka serbska flaga. Kierowca z rodzaju pseudo-filozoficznych. Pracuje w szpitalu, na tyle ile zrozumiałem jako pielęgniarz. Uczył się w Prisztinie, potem został zmuszony do ucieczki do serbskiej części Kosowa. O wojnie mówił w sposób bardzo dwuznaczny. Pacyfistyczne hasła o wzajemnym szacunku w obliczu minionej tragedii do mnie nie przemawiały. Z drugiej strony trzeźwo podkreślał, że nikogo nie stracił podczas wojny. Nie założył rodziny – może właśnie to go uratowało przed nienawiścią. Ale czy przed frustracją? W głosie jej nie brakowało. Zdanie za zdaniem, szybkim, zrozumiałym dla mnie może w 50% tempie powtarzał „Nikogo nie nienawidzę, nikogo nie straciłem podczas wojny ale Ci którym poginęli rodzice, dzieci, mężowie, żony, oni mają powód do nienawiści. Po co to było? Nie rozumiem.”.

  • Od czasu końca wojny byłeś w albańskich Kosowie?
  • Może dwa razy… w Prisztinie.
  • Bałeś się?
  • Czego? Ja nikomu nic złego nie zrobiłem, nie muszę się bać…
  • Dlaczego tylko dwa?
  • A po co mam tam jechać? Po drugie tym autem nie mogę tam jechać, muszę autobusem.

Jest wieczór, udajemy się pieszo pod górę, w stronę jednego z monastyrów. Zaczepia nas młody Serb, prowadzi nas do samej cerkwi, jeden z tych, którzy chcą pomóc bardziej niż trzeba. Sympatyczny ale każdy kto trochę podróżował wie, że takie osoby potrafią być „groźne”. Łatwo mogą się obrazić. Dochodzimy. Przyjmuje nas pop. Zaprowadza nas do malutkiego, starego budynku. Podaje dwie świece do zapalenia w prawosławnym obrządku. Wiele razy widziałem, nigdy sam nie wykonywałem. Nakazuje odpalić w górnej „piaskownicy” przeznaczonej dla żywych, dolna jest dla tych co zmarli. Na koniec również rozkazuje zostawić pieniądze wewnątrz. Jako deista nienawidzę być zmuszany do obrządków religijnych. Stawiam wyraźną kreskę między poszanowaniem wyznania, a pokłonem „danemu bogowi” nawet jeśli jest to „ten sam bóg”. Zostawiamy troszkę drobnych.

Młody Serb pyta popa czy moglibyśmy u niego przenocować albo chociaż rozbić w okolicy namiot. Osobiście mam dosyć negatywne wspominania z prawosławnymi popami – zazwyczaj są oschli i nieprzyjemni, o udzielaniu pomocy nie wspominam. Momentami miałem wrażenie, że są bardziej inwazyjni nawet od imamów. O wiele rzadziej miałem nieprzyjemności w meczetach czy kościołach niż cerkwiach. Nie myliłem się i tym razem. Bez wcześniejszego wysłania zapytania nie możemy u niego nocować. Nawet lepiej, tutaj w górach Kosowa miejsca nie brakuje aby spokojnie się wyspać.

Serb zaprowadza nas na polankę i następnie młodsi „znajomi” przynoszą nam 20 litrów wody 😉 Moje przeczucie podpowiada, że po skończonej konwersacji i osamotnieniu należy rozbić namiot nieznacznie dalej od tego miejsca. Nie mylę się, trzeba było jeszcze dalej niż to zrobiliśmy… W nocy odwiedzają nas całą paczką, z 10 łącznie? Początkowo pełny niepokoju próbuję ich spławić (nie wiemy jakie mają zamiary, czy są pijani itd. Itp.) – nieskutecznie więc zaczynam normalnie rozmawiać. Przeczucia miałem słuszne ale intencje mieli pozytywne. Zwykła ciekawość. Niecodziennie „Poljaki” z namiotem wpadają do dalekiej, jeszcze, Serbii. Większość uczy się lub pracuje w Serbii, nie brakuje pytań „Czyje jest Kosowo?”, „Dlaczego jako bracia Słowianie nie pomogliśmy im?” – szybko wyprowadzam na prostą dyskusję i obserwuję dorastające młode pokolenie buntu, buntu gromadzącego się wokół nacjonalizmu. Utopijnego buntu, jeszcze niedojarzałego do tego, że Kosowo jest stracone. Ale w pełni dojrzałego do tego, że ostateczna walka o ten skrawek serbskiego Kosowa dopiero się odbędzie.

Pisząc to teraz cieszę się, że ich spotkałem. Do końca podróży nie natrafiliśmy już na żadne wyraźne przejawy serbskiego nacjonalizmu. Za to albański przewinie się nie raz… bardzo dużo to mówi o istocie tego konfliktu dzisiaj. Jak to ja sam powiadam: „Nacjonalizm jest jak bomba atomowa, najlepiej jakby go w ogóle nie było. Ale skoro już istnieje to lepiej mieć więcej nacjonalistów po swojej stronie.”. Ci młodzi Serbowie może już za dwa lata kiedy KFOR opuści Kosowo staną na moście naprzeciw podobnym sobie młodym Albańczykom pragnącym dobić serbskość tej ziemi. Wtedy będą najbardziej potrzebni. A starzy? Będą z rozgoryczeniem się temu przyglądać z myślą „Po co nam była tam wojna? Po co im ta wojna?”.

Z rana schodzimy w dół Leposavić. Codzienna magdową kawa. Przy płaceniu zagaduję pracujących w knajpie Serbów. Mówią, że w górach tutaj znajdują się dwie albańskie wioski. Nie ma konfliktów między nimi ale Albańczycy się boją schodzić, rzadko można ich zobaczyć w centrum. Niestety nie poznam odpowiedzi dlaczego, musiałbym porozmawiać z lokalnymi Albańczykami…

Przy cerkwi zagaduje nas dwoje 13-14 latków. Jeden mówi nadzwyczaj czystym angielskim, okazuje się, że jego rodzice jeszcze przed wojną wyemigrowali do Kanady. Tam znaleźli swoją przyszłość. Co około 2 lata przyjeżdżają do Leposavić skąd pochodzą. Pewnie chcą aby syn poznał swojego rodzinne strony. Przez 3 lata chodził tutaj do szkoły podstawowej. Postawa godna pochwały. Ilu polskich emigrantów zachowuje się podobnie? Wydaje mi się, że większość przepełniona kompleksami próbuje jak najszybciej zapomnieć o swoich korzeniach. Ale Serbowie też są pełni kompleksów ale u nich jest jakaś dziwna pozytywna energia, jakaś taka duma, znacznie mocniej wyeksponowana. Widać to bardzo wyraźnie przy okazji muzyki – w niegdyś ottomańskiej części Bałkanów nie doświadczycie zachodnich trendów. Tutaj nadal żywe są południowo-tureckie rytmy i nieśmiertelny turbofolk – bałkańska odmiana rewolucji elektronicznej w muzyce z lat ’90. Oni to kochają, kochają podkreślać „Tu jest Serbia!”. W Polsce Polak chcę pokazać jak to Polska jest europejska, w Serbii Serb chce pokazać jak to Serbia jest serbska. To ogromna różnica. Za to kocham Bałkany!

Na koniec wypatruję ojca bawiącego się z może czteroletnim dzieckiem. Nauczyciel. Pytam po chwili czy nie chcę wyjechać do tej „bogatszej” Serbii – Belgradu, Wojwodiny: „Tu jest mój dom, a pracy nie ma wszędzie. W Belgradzie też ciężko o pracę.”. Dopowiada, że tutaj zostają sami starsi, młodzi wyjeżdżają studiować do Belgradu, większość nie wraca. Pensję dostaje z Belgradu, szpital też jest opłacany przez Belgrad. Próbuję się dowiedzieć komu zwykli mieszkańcy płacą podatki. Odpowiada, że idą do Prisztiny.

  • Myślisz, że Serbia długo będzie płacić na edukację, na służbę zdrowia, na drogi, na wszystko skoro podatki odprowadzany są do Prisztiny?
  • Nie wiem… na razie płacą…
  • A to Kosowo, tutaj, serbskie myślisz, że może wrócić do Serbii?
  • Nie wiem.

Wszystkie dialogi o przyszłość północnego Kosowa brzmiały tak samo. Z jednej strony pogodzenie z obecnym stanem, bezczynność, z drugiej utrzymująca się niepewność. Rozmowy w większości niezwykle spokojne, wyciszone. Ten piąty etap kiedy człowiek godzi się z rzeczywistością.

Nasz ostatni kierowca złapany na serbskim checkpoincie zabiera nas z powrotem do Mitrovicy. Odrobinę tajemniczy unika bezpośredniej odpowiedzi czym się zajmuje. Biznes to dla mnie za mało, półsłówka mogą jedynie błędnie zasugerować. Wracam do spraw fiskalnych: „Ja nie płacę podatków. Panuje tutaj wolna amerykanka. Nikt nie wie komu trzeba płacić, serbski fiskus nie ma tutaj wstępu, kosowski też.”.

Ponownie przechodzimy przez „słynny” most. Żegnamy Serbię.

Flaga niczyja

Pierwszy stop w albańskim Kosowie. W okresie letnim żadna niespodzianka: emigranci ze Szwecji i Belgii. Mogą nas zabrać na drugi skrawek Kosowa, do miasta Gjilan, albo po serbsku Gnijlane. Perfekcyjnie, gładko przejedziemy przez niechcianą przez nas stolicę: Prisztinę.

Komunikują się z nami łamanym angielsko-serbskim choć wyraźnie widać, że tego drugiego jeśli mogą to unikają. Dla młodych Kosowarów w przeciwieństwie do Albańczyków w Albanii angielski jest pierwszoplanowym językiem. W końcu tak jak wszystkim w Kosowie to między innymi on daje szansę ucieczki z zabiedzonej republiki. Nasza rozmowa nie obfituje w imponujące przemyślenia, niestety bariera językowa wyraźnie przeszkadza przejść na wyższy poziom dyskusji. Zdecydowanie najciekawsza z całej przejażdżki była reakcja na powiewającą flagę Kosowa. Podniesionym, wręcz krzykliwym tonem nasz kierowca zacząć wyrażać swoją dezaprobatę dla tego symbolu: „To nie jest nasza, to nie jest moja flaga! To międzynarodowy symbol, niczyi. Moją flagą jest ta czarno-czerwona flaga. To jest moja flaga!” – wskazując na powiewający w oddali czarny, dwugłowy orzeł na czerwonym tle. Jednoznacznie to pokazuje, że w dłuższej perspektywie Albańczycy nie będą tolerować międzynarodowej jurysdykcji w Kosowie. Uważają je za swoje państwo i chcą rządzić po swojemu. Na wielu administracyjnych budynkach mogliśmy zobaczyć bardzo wymowne umieszczenie albańskiej flagi na środku i dopiero obok kosowską. Także sporadycznie można spotkać graffiti „euleksperiment” obrazujące frustrację z nadrzędnej roli europejskiej policji. Ruch odpowiedzialny za te malunki wyjaśnia, że „Europa” zrobiła sobie poligon doświadczalny w Kosowie. Sprawdzają na ile mogą sie posunąć. Ile w tym prawdy? A może Albańczycy chcieliby podobnie jak Serbowie niedługo przed wojną w okresie dyktatury Miloszevicia wydawać wyroki korzystne dla nich? Nic dziwnego, teraz to ich państwo.

_MG_2088Nie jedziemy z naszymi kierowcami do samego Gniljane. Mimo ich pewnego zniesmaczenia wysiadamy kilka kilometrów za Prisztiną w kompletnie odmiennym świecie. Tutaj czas płynie wolniej, jedyny pośpiech ukazują samochody przecinające niewielkie miasteczko. To największa serbska enklawa w albańskim Kosowie. Dom dla kilkunastu tysięcy (11-12 z okolicznym wioskami) Serbów. Gračanica. Rzucamy plecaki i podchodzę do spokojnie siedzącego mężczyzny tuż przed sklepem, swoim. Słyszę powtarzającą się odpowiedź czy teraz jest lepiej: „malo bolje” – niewiele. Ciężko jest, nie ma perspektyw, kto może wyjeżdża, zostają tylko starsi. Może powtórzę się przy większości dyskusji ale i tym razem ton głosu obfitował w niezwykły spokój i opanowanie. Żadnego krzyku, żadnej złości. Z przerażającym stoicyzmem pokazuje czołówkę dzisiejszej gazety: „Widzisz? To są przywódcy Kosowa. Wszyscy z UCK, wszyscy są zbrodniarzami wojennymi.”.

Kontynuuje przypominając o porwanych Serbach. Międzynarodowe instytucje mówią o liczbie kilkuset, Serbowie kurczowo trzymają się liczby trzech tysięcy ośmiuset osób. Jedno jest pewne: nikt nie wie co się z nimi dokładnie stało. Wyjątkową grozę budzi hipoteza o handlowaniu organami przez UCK z pomocą Albańczyków z Albanii i Turków. Żywi, w wieku produkcyjnym Serbowie mieli być porywani i przewożeni do małej wioski północnej Albanii gdzie następowało morderstwo strzałem w głowę i następnie pseudochirurgiczne wycięcie organów w improwizowanych warunkach. Organy były transportowane między innymi do Stambułu gdzie trafiały już do biorców.

Obecnie ponownie został wznowiony proces, tym razem w ramach EULEX (europejskiej policji w Kosowie). Jest wystarczająco dużo dowodów (także od strony albańskiej, nie wszyscy wytrzymali psychicznie presji ciążącej na nich zbrodni) aby z dużo dozą pewności powiedzieć, że proceder miał miejsce. Niestety jak zwykle w przypadku sądów międzynarodowych za mało aby cokolwiek udowodnić i kogokolwiek skazać. Pewnie nigdy nie poznamy prawdy.

Sklepikarz co kilka minut musi przerwać rozmowę, obsłużyć klienta. Każdy każdego zna. Jedno płacą w serbskich dinarach, drudzy w euro. Różnicy żadnej. Jak to mówili starożytni Rzymianie „Pecunia non olet” – pieniądz nie śmierdzi. Dodaje:

„Żyjemy w okrążeniu, nie wiem co będzie. Teraz już nie ma wielkiej różnicy.
Nie ma pracy.
Nie ma pieniędzy.
Nie ma ludzi,
Nie ma patriotyzmu.
Nic nie ma.”

Przechodzimy 500 metrów do wpisanego na listę UNESCO, Monastyru w Graczanicy. Zaglądamy przez drzwi, czerwono-biała taśma, nam nami rusztowania, trwa remont. Krok po kroku wchodzę głębiej. Zza kolejnych drzwi pojawia się jedna z pracujących zakonnic. Początkowo zaskoczona decyduje się zaprosić nas do środka, zobaczyć serce monastyru. Cisze zagłuszają ledwo słyszalne śpiewane modlitwy zakonnic rozstawionych po ścianach budynku. W spokoju przechodzimy między filarami i nimi. Na ścianach widać typowe dla prawosławia malunki, od innych, podobnych sobie odróżniają się wydrapanymi oczami postaci. Wychodzimy i ponownie znajdujemy spotkaną siostrę zakonną. Zagadujemy i ku naszemu zdziwieniu słyszymy płynną angielszczyznę bez typowego słowiańskiego akcentowania. Pochodzi z Belgradu, miasta, w którym z naszym pokoleniem bez problemu porozumiesz się po angielsku._MG_2067

Pytamy skąd te wydrapane oczy. Czyje to „dzieło”? Czy cerkiew ucierpiała podczas pogromów w 2004 roku?

  • Monastyr stoi nietknięty. Gdy przybili tu Amerykanie padła przed nimi na kolana nasza siostra przełożona. W płaczu zaczęła błagać aby ochronili ten monastyr. Najwyższy rangą oficer był pod ogromnym wrażeniem, powiedział, że zawsze ludzie prosili go o ratowanie swojego życia i mienia. Pierwszy raz spotkał się z tym aby ktoś go błagał nie o siebie, a o budynek. Przysiągł, że monastyrowi nic się nie stanie. Dotrzymał słowa.
  • A te wydrapane oczy?
  • To zrobili Turcy podczas ottomańskiej okupacji.
  • Wiesz może dlaczego akurat oczy?
  • Jest jedno wytłumaczenie. Turcy wierzyli, że jeśli wyłupią oczy freskom to Bóg nie będzie tego widział.

Schodząc rozmową powoli do obecnej sytuacji niestety wpadłem w stereotyp zachodniego dziennikarza. Pojawiły się pytania czy jesteśmy dziennikarzami, obawy, że nagrywamy rozmowę. Jednym z ostatnich moich pytań czy się nie boją. Jest to bardzo specyficzne pytanie, głównie w kontekście duchownych postrzegających świat w metafizyczny sposób.

  • Czego mamy się bać? To nasz dom. Czy Ty byś się bał?
  • Zależy od sytuacji…
  • Nie boimy się. Wydaje mi się, że powinniście już iść. Mam złe doświadczenia, głównie po tym jak do nas przyjechali studenci sztuki z Polski.

Nie dowiedziałem się o co dokładnie chodziło. Jestem świadomy, że z jednej strony nietrudno obrazić prawosławnych, z drugiej, że ludzie potrafią być bezmyślni. Dużo bardziej od mnie, nawet jeśli nie każda rozmowa przebiegła tak jakbym chciał.

Udajemy się na wylotówkę. Przy przystanku, na którym łapiemy zauważamy dom. Inni niż wszystkie. Mimo znacznych różnic Serbowie i Albańczycy w Kosowie posiadają podobną architekturę domów, patrząc z zewnątrz na budynek dosyć trudno stwierdzić do kogo on należy. Ale ten był inny. Rudera, rzekłbym nawet glinianka. Kompletny brud i syf. Powiewające porwane firany, nic nie wybrukowane. Cofnęliśmy się o 100 lat? Nie, takich domów zobaczymy w Kosowie jeszcze kilka. Należą do znienawidzonej przez obie strony konfliktu grupy etnicznej – Romów, nazywanych czasami w Kosowie Aszkali. Według nich samych przybili z Egiptu. Uważają się za przodków wielkich Egipcjan. Bajeczka, która swoją głupotą przewyższa nawet sarmackie pochodzenie naszej szlachty. Zwykli cyganie, przybili jak wszyscy inni z północnych Indii. Byli ofiarami czystek etnicznych ze strony Albańczyków i paradoksalnie wielu z nich znalazło schronienie po serbskiej stronie. Tam też ich nikt nie szanuje ale przynajmniej nie morduje.

Jeszcze tego wieczora dojeżdżamy na przedmieścia Gjilan. Z rana do centrum sam z siebie zabiera nas miejscowy Turek, którego ponoć wszyscy tutaj znają. Po krótkim zwiedzaniu lądujemy na dłużej w małej knajpie z kebabem. Miasto zalewa silny deszcz jednocześnie zamieniając kilka ulic w rzeki. Po raz kolejny uwydatnia się niechlujstwo i Serbów i Albańczyków w kwestii kanalizacyjnej. Poznajemy brata właściciela knajpy. Kolejny emigrant, który odwiedził rodzime Kosowo w czasie lata.

Mamy dużo czasu na rozmowę. Przechodzimy przez wiele tematów, także luźniejszych. W końcu nadchodzi też czas na trudniejsze pytania. Na pytanie odnośnie wyrzuconych Serbów stanowczo odpowiada, że Serbowie sami opuścili Kosowo i nikt ich do tego nie zmuszał. Sprzedawali i nadal sprzedają swoje domy za ogromne pieniądze. Sto, dwieście tysięcy euro. Zapewniał nas, że to doskonały biznes, za te pieniądze mogą potem kupić sobie dwa, trzy, może nawet cztery mieszkania w Belgradzie.

_MG_2130

Podczas tego pobytu nastąpiła chyba największa moja „dziennikarska” wpadka. Absolutna, niewytłumaczalna głupota i niedopatrzenie. Oddając telefon do naładowania kompletnie zapomniałem, że od wielu miesięcy na tapecie mam swoje zdjęcie z krymskiej Eupatorii. Wysiadając z marszrutki zobaczyliśmy wtedy na ścianie przykład bratniego sojuszu pomiędzy Serbami i Rosjanami ukazany w symbolicznym napisie „Kosovo je Srbija”. Nie miało to nic wspólnego z moim spojrzeniem na problem Kosowa, unikam radykalizmów.

Po chwili udało mi się wytłumaczyć rozmówcy. Oczywiście i bez tego nic by się nie stało ale posiadam duży szacunek do albańskich ofiar minionej wojny i nie można zapominać o serbskich zbrodniach, które to były przyczyną albańskiej zemsty. Dosadnie przypominał o tym mówiąc „Ja nie mam z tym problemu ale wielu ludzi straciło tutaj kogoś bliskiego, dla nich to może być obraźliwe.”. Na tapecie zawitały powiewające obok siebie flagi Ukrainy i Krymu.

W końcu deszcz ustaje. Możemy się udać w stronę serbskiego Uroševac albo albańskiego Ferizaju.

Jedyny Serb

Ferizaj. Albo Uroševac. Jak kto woli. No prawie. Albański Ferizaj, serbski Uroševac. Będę używał zamiennie, tak jak robiłem podczas podróży. W centrum widok, ktoś by powiedział, niespotykany. Wysokie, będące architektoniczną spuścizną Ottomanów, minarety górują nad masywną cerkwią w stylu bizantyjskim. W naszym świecie trudno o taki widok ale na Bałkanach mimo krwawej, także dla miejsc świętych wojny nadal można znaleźć podobne miejsca. Mi najbardziej w pamięci pozostało małe miasteczko Bośni po drodze do Bihacia, Bosanska Krupa. W samym centrum tej mieścinki znajdziemy, dosłownie w promieniu 30 metrów, cerkiew, kościół i meczet. Wszystkie podobnej wielkości, podobnej wysokości – ot tak żeby nikt nie czuł się ani lepszy ani gorszy.

Wpierw zaglądam do meczetu. Wiele ich widziałem. Ottomańskich, perskich, tatarskich, kilka arabskich. Wewnątrz wszystkie są bardzo podobne, stonowane, puste, przestronne. W tych bogatszych nad głowami zwisają nam wielkie żyrandole. Ale z zewnątrz? Tego już Islam konkretnie nie definiuje. Tutaj też objawia się całe kulturowe piękno. Tatarskie mają prostopadłościenną budowę i spiczaste minarety. W większości malowane na kolor islamu – zieleń. Ottomańskie podobnie wystrzeliwują w górę smukłym minaretem, odróżniają się bizantyjskimi kopułami. Perskie są masywne posiadają wielkie wrota, portale zwane Ejwanami. Ich minarety są zazwyczaj znacznie grubsze. Arabskie?

Cóż, nie byłem w świecie Arabów ale mogę śmiało wypowiedzieć się na temat meczetów budowanych z arabskich pieniędzy po świecie. Gwarantuje, że od razu poczujecie ogromną różnicę. Pomijając przepych nie mają wielu wspólnych cech. Mają być wielkie, imponujące, minarety pod chmury, pełne życia. Zasadniczo jeśli widzicie meczet poza światem arabskim i nie potraficie go przyporządkować do żadnego stylu macie 99% szans, że jest to budowla finansowana z arabskiej ropy.

_MG_2330Za bramą, raczej mało zadbana flora. Wysoka trawa, sporadycznie jakieś krzaczki. Wita nas policjant, Serb , który po chwili zaprowadza nas do popa. Ze swojego małego mieszkanka obok wielkiej cerkwi wychodzi człowiek z typową dla prawosławia długą brodą i czarną. Serdecznie wita, nie ukrywając zaskoczenia znajomością języka. Możemy swobodnie wysłuchać historii cerkwi z 1993 roku i praktycznie przylegającego do niej meczetu jeszcze z XIX wieku – 1891.

Uroševac trafił pod włoską okupację wraz z rozbiorami Jugosławii w 1941 roku. Oficjalnie był anektowany przez Albanię jednak w praktyce to Włosi posiadali rzeczywistą władzę. Właśnie z tego powodu Albańczycy toczyli walki z włoskim okupantem. Ich echo dotarło także do Ferizaju gdzie w ramach wymiany ognia ucierpiał minaret meczetu, z którego albańscy rebelianci prowadzi ostrzał włoskich żołnierzy. Obecnie oczywiście nie ma śladów minionych konfliktów czego niestety nie można powiedzieć o cerkwi. Ona najmocniej ucierpiała w 2004 roku. Widać to po rozbitych oknach. Także tamtym roku miasto opuścili prawie wszyscy Serbowie. Według wikipedi pozostało ich tam 26 osób co zasadniczo można uznać za błąd statystyczny przy ponad 100 tysiącach mieszkańców i przeszło 8 tysiącach Serbów w mieście przed wojną.

„Jestem obecnie jedynym zamieszkałym na stałe Serbem w Uroševac.”

Te słowa popa nawet jeśli delikatnie rozminęły się z prawdą i tak dają pojęcie o rozmiarze tragedii jaka nastąpiła tutaj, albańskim Ferizaju. A zaledwie kilka kilometrów na wschód znajduje się największa amerykańska baza wojskowa w Europie – Camp Bondstell. Jakie to wymowne…

Ruszamy w góry do Šterpc. Możliwe, że jedynej gminy (Kosovo jest podzielone na dystrykty i gminy jednak te drugie są na pograniczu wielkości polskiej gminy i powiatu) poza Północnym Kosowem gdzie Serbowie stanowią większość. W przeciwieństwie do otoczonej i przygaszonej Gracanicy Štrpce wraz z wieloma przylegającymi wioskami, często głównie serbskimi są znacznie bardziej rozległe. Po raz kolejny znajdujemy się w miejscu gdzie czas płynie wolniej, tym razem jeszcze wolniej – w końcu to są góry z dala od dużych dróg. Możemy w spokoju przejść się po mieście, zobaczyć monastyr, cmentarz czy tablicę poświęconą ofiarom wojen bałkańskich. Tym razem bez rozmów.